

Gdy wychodziłem z domu wczesnym rankiem, chciałem dojść na koniec ulicy, gdzie znajduje się kafejka internetowa. Pogoda była w kratkę, wiał zimny wiatr, ale bardzo mi zależało, aby być tuż przed otwarciem. Z oddali wyrastał dziki pomruk dużego silnika. Najwyraźniej było to auto dostawcze, gdyż ciężki grzmot wyłaniał się zza wzgórza jeszcze daleko przed pojawieniem się pierwszych świateł tajemniczego samochodu. Nie przerywając marszu, kopnąłem dalej mały kamyczek, który ostro wyskoczył spod mojej podeszwy i pomknął w głąb kałuży. Jesienny poranek zawsze dodawał mi energii. Lubiłem taką pogodę bardziej, niż letnie upały, gdy w domu zaduch stawal się nie do zniesienia. Wszystkie meble kleiły się do spoconego ciała i nie można było nigdzie skutecznie schować się przed gorącymi promieniami słońca. Dziś było zupełnie przyjemnie. Do przejścia miałem jeszcze około stu metrów, gdy zobaczyłem hałasującego potwora. Rzeczywiście, była to wielka ciężarówka przewożąca jakieś tanie meble z wyprzedaży. Kierowca wykręcał swoje ciało w kierunku siedzenia pasażera - prawdopodobnie coś mu upadło na drugą stronę pojazdu. Jechał niezbyt pewnie, silnik pracował nierówno, rzęził na wysokim biegu i grom hałasu narastał. Na jakieś siedem metrów przed mną samochód gwałtownie skręcił i wskoczył przednimi kołami na chodnik. Postać kierowcy pod wpływem uderzenia zniknęła mi całkiem z oczu. Teraz czas przestał mieć jakiekolwiek znaczenie. Zupełnie jak wtedy, kiedy ogromne meble z salonu wyleciały z pudła i sunęły po schodach w moim kierunku. Miałem wtedy dwa lata i ktoś zdążył mnie pociągnąć za rękę. Tym razem nnie było nikogo, kto wyciągnąłby mnie z opresji. Kilkanaście, a może kilkadziesiąt ton mknęło metr po metrze w moim kierunku. To koniec….
Leave a Reply
You must be logged in to post a comment.

